Historia naszej klientki z Małopolski — opowiedziana z jej zgodą, w zanonimizowanej formie.
To była firma, która miała się rozwijać. A nie tonąć.
Kiedy Pani Anna (imię zmienione) przyszła do nas pierwszy raz, nie szukała prawnika. Szukała kogoś, kto powie jej, że jej firma jeszcze się da uratować.
Prowadziła w Małopolsce niewielki salon stylizacji rzęs i sklep z akcesoriami beauty — branża, w której decyduje reputacja, umiejętności i to, jak klientka wyjdzie z salonu. Przez kilka lat szło dobrze. Pani Anna inwestowała w sprzęt, szkolenia, marketing. Zaciągnęła kilka pożyczek na rozwój, bo widziała, że rynek beauty rośnie i nie chciała zostać w tyle. Wszystko było obliczone przy optymistycznych założeniach przychodów.
A potem zaczął się ciąg zdarzeń, który dobrze znamy z naszej praktyki. Naraz, bez ostrzeżenia, kilka czynników zaczęło działać przeciwko niej w tym samym momencie.

Jak doszło do spirali
Pierwszy cios przyszedł z internetu. Fala krytycznych, w dużej części niesprawiedliwych opinii w mediach społecznościowych. W branży, w której 70% nowych klientek wybiera salon po przeczytaniu kilku recenzji, oznacza to bezpośredni spadek liczby zapisów. Pani Anna nie miała narzędzi, żeby na to skutecznie odpowiedzieć — nie miała zespołu PR, nie wiedziała, jak walczyć z nieuzasadnionymi recenzjami, jak budować reputację cyfrową. Skupiała się na tym, co umiała najlepiej: na pracy w salonie.
Drugi cios przyszedł od konkurencji. W okolicy otworzyły się dwa nowe salony oferujące podobne usługi po znacznie niższych cenach. Pani Anna obniżyła swoje, żeby utrzymać klientki — kosztem marży. Konkurencja, jak zresztą bywa w tej branży, nie zatrzymała się na cenie. Pojawiły się próby podbierania klientek, fałszywe informacje o jej salonie w lokalnych grupach.
Trzeci cios był strukturalny. Spadek przychodów spotkał się z ratami pożyczek, które brała w lepszych czasach. Bieżący kapitał przestał wystarczać na obsługę zobowiązań. Pierwsze opóźnienia w spłacie. Pierwsze monity. Pierwszy komornik.
Stąd już było blisko do tego, co najbardziej paraliżuje przedsiębiorcę: do zajęcia kont firmowych. A kiedy konta są zajęte, nie da się zapłacić dostawcom. Nie da się kupić materiałów. Nie da się zapłacić księgowej. Firma działa, klientki przychodzą, ale każda złotówka, która wpływa, znika natychmiast. Operacyjnie firma się dusi.
Kiedy Pani Anna do nas przyszła, miała siedem toczących się postępowań egzekucyjnych komorniczych. Dwóch wierzycieli publicznoprawnych — ZUS i Urząd Skarbowy — z łącznym zadłużeniem przekraczającym 130 tysięcy złotych. Ośmiu komercyjnych — w większości firmy windykacyjne, które wykupiły wierzytelności od pierwotnych pożyczkodawców. Łączne zadłużenie objęte później postępowaniem przekroczyło 214 tysięcy złotych.
I co ważne: to nie była firma do zamknięcia. To była firma, która wciąż generowała przychody, miała stałą klientelę, jasny pomysł na rozwój. Tylko nie miała tlenu, bo każde euro szło natychmiast na egzekucję.
Pierwsza konsultacja: oddychamy
Na pierwszym spotkaniu z naszym doradcą restrukturyzacyjnym, Marcinem Rzeczkowskim, padło najważniejsze pytanie dla każdego przedsiębiorcy w takiej sytuacji: czy ja w ogóle mogę cokolwiek zrobić?
Odpowiedź brzmiała: tak, możesz dużo. Ale musisz zacząć w ciągu kilku tygodni, bo każdy kolejny miesiąc pogłębia stratę.
Po analizie dokumentów, struktury wierzycieli i kondycji finansowej firmy zdecydowaliśmy o postępowaniu o zatwierdzenie układu (PZU) — najbardziej elastycznej formie restrukturyzacji przewidzianej w polskim prawie. To procedura, która od momentu obwieszczenia o ustaleniu dnia układowego daje przedsiębiorcy realną ochronę przed egzekucją, a jednocześnie pozwala wynegocjować z wierzycielami nowe warunki spłaty bez konieczności likwidacji firmy.
Dla Pani Anny oznaczało to konkretnie trzy rzeczy. Po pierwsze, egzekucje komornicze wobec wierzytelności objętych układem zostaną wstrzymane. Po drugie, zyska czas — kilkanaście miesięcy oddechu, w którym firma może wrócić do normalnego funkcjonowania. Po trzecie, część długu można będzie zredukować, a pozostałą rozłożyć na realne raty.
Co realnie się wydarzyło
Dzień układowy ustaliliśmy na 28 maja 2025 roku. Od tej daty zadłużenie zostało „zamrożone” — żaden komornik nie może już prowadzić skutecznej egzekucji wobec wierzytelności objętych postępowaniem. Postępowanie zarejestrowano pod sygnaturą KR1S/GRz-nu/17*/202* w Sądzie Rejonowym dla Krakowa-Śródmieścia.
Razem z Panią Anną i naszym zespołem opracowaliśmy plan restrukturyzacyjny — dokument, który pokazuje wierzycielom, dlaczego warto przyjąć układ. Nie ze względu na dobre serce, tylko ze względu na chłodną kalkulację: po prostu w układzie odzyskają więcej, niż gdyby Pani Anna ogłosiła upadłość.
Ta kalkulacja jest tak ważna, że warto pokazać ją w liczbach. W postępowaniu upadłościowym majątek Pani Anny — laptop, drukarka, telefon, łóżko kosmetyczne, lampa — wart był łącznie około 4 000 złotych. Po pokryciu kosztów upadłości (wynagrodzenie syndyka, koszty administracyjne — łącznie blisko 30 tysięcy złotych) dla wierzycieli nie zostałoby nic. Zero złotych. Zero procent.
W układzie ZUS i Urząd Skarbowy odzyskają 100% kapitału i 100% odsetek. Pozostali wierzyciele odzyskają od 70% do 90% wartości głównej. Test prywatnego wierzyciela, który jest wymagany w postępowaniach restrukturyzacyjnych, pokazał jasno: układ jest dla wszystkich korzystniejszy niż upadłość.
Co dał układ — bez prawniczego żargonu
Wierzycieli Pani Anny można podzielić na dwie grupy: ZUS i Urząd Skarbowy z jednej strony, oraz wszyscy pozostali wierzyciele — głównie firmy windykacyjne — z drugiej. Logika układu jest w obu przypadkach podobna, ale warunki nieco inne.
ZUS i Urząd Skarbowy — razem ponad 130 tys. zł długu.
Wierzyciele publiczni z reguły nie zgadzają się na umorzenie kapitału — i tak też było tutaj. Ale układ dał Pani Annie trzy konkretne korzyści, które realnie ratują firmę.
Po pierwsze, odsetki za zwłokę przestają się naliczać. Do tej pory ZUS i US doliczały każdego dnia kolejne odsetki — kilkanaście procent rocznie. Z dniem uprawomocnienia układu to się kończy. Kwota długu jest „zamrożona” i nie rośnie ani o złotówkę.
Po drugie, 34 stałe raty miesięczne zamiast nieprzewidywalnej presji komornika. Pani Anna wie z góry, ile i kiedy zapłaci.
Po trzecie, dwa miesiące karencji — pierwsza rata wypada dopiero dwa miesiące po uprawomocnieniu układu. To czas potrzebny na poukładanie firmy operacyjnie.
Pozostali wierzyciele — łącznie ponad 83 tys. zł długu.
To było ośmiu wierzycieli komercyjnych — głównie firmy windykacyjne (EOS, Provident, Horyzont, Kredyt Inkaso) oraz mniejsi wierzyciele (InPost, Posnet, Smart AI, Alektum). Większość z nich prowadziła już wobec Pani Anny komornika. Tu układ dał dużo mocniejsze, wymierne korzyści.
Po pierwsze, część kapitału zostaje po prostu skasowana. Im większy był dług, tym większa redukcja — sumarycznie z tej grupy znika ponad 21 tysięcy złotych długu, którego Pani Anna nigdy nie będzie musiała zapłacić.
Po drugie — i to jest często najmocniejsza korzyść układu — wszystkie naliczone do tej pory odsetki, opłaty komornicze i koszty windykacji zostają umorzone w całości. W sprawach, które ciągnęły się latami (najstarsze postępowanie KM 217/23 toczyło się od 2023 roku), te kwoty często są porównywalne z samym kapitałem. Szacujemy, że to dodatkowe 30–50 tysięcy złotych zwolnienia.
Po trzecie, podobnie jak w przypadku ZUS i US — żadne nowe odsetki nie naliczą się w przyszłości. Pozostała kwota jest zamrożona przez całe lata spłaty.
Po czwarte, spłata została rozłożona na realne raty (od 36 do 60 miesięcy w zależności od wierzyciela), więc miesięczne obciążenie jest do udźwignięcia.
Propozycje układowe zostały przyjęte przez wierzycieli zgodnie z założeniami. Postępowanie weszło w fazę wykonywania układu.
Ile realnie zaoszczędziła firma — podsumowanie
Najprościej pokazać to w tabeli.
Korzyści finansowe
|
|---|
Sam ZUS naliczał Pani Annie kilkanaście procent rocznie odsetek za zwłokę od 62 tysięcy złotych — to ponad 9 tysięcy rocznie samych odsetek. Plus US, plus odsetki umowne pozostałych wierzycieli. Przed układem ten dług rósł każdego dnia. Od momentu uprawomocnienia układu — przestaje rosnąć. W skali 3–5 lat spłaty układu to oszczędność rzędu kilkudziesięciu tysięcy złotych, których po prostu nie ma.
Korzyści operacyjne
Liczby finansowe to jedno. Ale dla przedsiębiorcy w spirali długów ważniejsze są często rzeczy, których nie da się wprost przeliczyć na pieniądze.
Komornicy nie blokują już kont firmowych. Pani Anna może znowu płacić dostawcom, księgowej, podwykonawcom. Wie dokładnie, kiedy i ile zapłaci przez najbliższe lata. Może planować, inwestować, wracać do roli przedsiębiorcy zamiast roli osoby, która co tydzień gasi pożar. Co dalej — plan rozwoju na pięć latRestrukturyzacja to nie tylko porządkowanie długów. To także moment, w którym przeprojektowuje się firmę pod nowe warunki rynkowe. W planie restrukturyzacyjnym, który wspólnie z Panią Anną opracowaliśmy, są cztery konkretne kierunki rozwoju. Po pierwsze, rozszerzenie oferty o depilację laserową — najbardziej dynamicznie rosnący segment usług kosmetycznych w Polsce. Zakup urządzenia (jednorazowo 30 tys. zł) ma przynosić około 3 tysięcy złotych miesięcznie na start, z perspektywą wzrostu w miarę nabierania rozpoznawalności. Po drugie, inwestycja w szkolenia personelu — zarówno z obsługi nowego sprzętu, jak i z aktualnej wiedzy kosmetycznej. Koszt jednorazowy 5 tysięcy, przewidywany wzrost przychodów 2 tysiące miesięcznie. Po trzecie, rozwój sprzedaży detalicznej — rzęsy, kleje, pęsety, akcesoria. Najbardziej rentowny segment, bo marżowość jest tu znacznie wyższa niż w usłudze. Plan zakłada 7 tysięcy złotych miesięcznie na zaopatrzenie i 15 tysięcy złotych miesięcznie przychodu. Po czwarte, własna linia klejów do rzęs — produkt o wysokiej marży, własny branding, niszowy rynek, w którym łatwiej zbudować przewagę konkurencyjną. Według wariantu optymistycznego prognozy finansowej Pani Anna w 2026 roku ma osiągnąć przychód na poziomie 360 tysięcy złotych przy zysku 244 tysięcy. To znacznie więcej niż przed kryzysem. |
|---|

